wtorek, 5 marca 2013

Rozdział 4

"Julka"

Dzisiaj już niestety nie miałam wolne, więc pobudka o 7.00 , 30 min na uszykowanie się a potem szybki bieg do pracy w sklepiku. Ale tam czekała na mnie niespodzianka. Gdy tylko weszlam, widziałam, że coś wisi w powietrzu. Nie było żadnych klientów, na drzwiach wisiała kartka "dziś otwarte od 10.00". Przy kasie stały: właścicielka, jej córka oraz jakiś chłopak, którego nie znałam. Był wyższy ode mnie o głowę, miał czarne i proste włosy średniej długości opadające na twarz.
- eeee... Dzień dobry? - wymamrotałam zdziwiona.
- dzien dobry, Julio. Poznaj proszę Maćka. Od teraz tutaj pracuje - udawała być miła ale jej to nie wychodziło.
- ale jak to... Tu pracuje? - zapytałam ze zdziwieniem. - a jedna osoba do obsługi małego sklepu nie wystarczy?
- oczywiście że wystarczy jedna osoba. Dlatego chciałam cie poinformować, że już tu nie pracujesz.
Otworzyłam szeroko oczy.
- ale jak to: nie pracuję? Co może mi pani zarzucić? Przecież nie buntowałam się, byłam miła dl klientów...
- tak ale Maciek ma już doświadczenie w tej pracy.
Skąd mam mieć wykształcenie jak mnie z pracy wakacyjnej wyrzucasz?! - pomyślałam, ale tego nie wypowiedziałam. Pokiwałam tylko głową i ruszyłam do wyjścia. Co jak co, ale przynajmniej się wreszcie wyśpię!!! Niech żyją wakacje, przynajmniej ich końcówka! Jest 24.08, został mi jeszcze tydzień wakacji. Trzeba z tego skorzystać!!!

"Kasia"

Siedziałam w pokoju i malowałam nowymi farbami, kiedy do pokoju weszła babcia. Powiadomiła mnie, że dziś po południu odwiedzi nas ciocia od strony mamy. Niby nie taka znowu wielka nowina, gdyby nie to, że ciocia wyprowadziła się do Francji, gdy miałam pięć lat. Tak więc nie widzieliśmy się przez dziesięć lat. Mama,  gdy miałam dziewięć lat, wybrała się na rok do cioci, pod pretekstem, że musi trochę odpocząć od wszystkiego i wszystkich. Miała wtedy coś w rodzaju lekkiej depresji, lecz wróciła już jako odmieniony człowiek. Westchnęłam i poszłam się odpowiednio ubrać (lubię malować siedząc w spodniach od dresu i starym podkoszulku), tata w tym czasie pojechał po krewną na lotnisko. Nie minęło dużo czasu, gdy byli w domu. Ciotkę Gabi (uwielbiałam ją tak nazywać, gdy byłam mała) zapamiętałam jako kobietę zmęczoną życiem, w lekko siwych włosach i pomarszczonej twarzy, tymczasem zobaczyłam, że bardzo się zmieniła. Sprawiała wrażenie odmłodzonej (czyżby kraj mody pozytywnie wpływał na ludzi?), zmarszczki prawie całkiem zniknęły, włosy były ułożone w wyrafinowany koczek i przefarbowane na jasny fiolet. Głos nie zmienił jej się prawie wcale, mimo upływu dekady lat, nabyła za to skłonność, żeby podczas mówienia do nas po polsku wplatać francuskie słowa. Okazało się taż że od teraz nazywa się nie Gabriela, tylko Gabriell. Uznała, że to bardziej wyrafinowane, i podobno popularne we Francji. W pewnym momencie pogrzebała w torebce i wyjęła kilka albumów. Podała mi je, powiedziała, że jeśli chcę, to mogę je przejrzeć. Zostawiłam babcię oraz rodziców z ciocią Gabriell i udałam się z albumami do pokoju. Przeglądałam właśnie trzeci z kolei, przedstawiający pobyt mamy we Francji. Nagle jedno ze zdjęć ukrytych w albumie spadło na ziemię. Wypadło, bo było włożone między dwa inne, jakby schowane tam przed czyimś wścibskim okiem. Podniosłam je. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz